Wiosną tego roku(2011) wybrałem się
z rodziną na krótki wypad do Zakopanego. Oczywiście jak na każdy dłuższy niż
kilkugodzinny wypad zabrałem ze sobą buty i strój do biegania. Położenie
noclegowni spowodowało, iż najbliżej do ciekawych terenów biegowych miałem
właśnie w okolice Kuźnic. Pobiegałem więc tam kilka razy nieśmiało zapuszczając
się w wyższe partie Regla. Pomyślałem wtedy, że musi być coś takiego jak bieg
na Kasprowy Wierch, a jak nie ma, to ja
go zorganizuje. Po powrocie do domu pogooglałem no i już dobę później byłem
zapisany i opłacony do „IV Alpin Sport
Tatrzański Bieg Pod Górę, Zakopane, 08.10.2011r. Finał Montrail Ligi Biegów
Górskich 2011”, potocznie zwany „Biegiem na Kasprowy”.
Dzięki uprzejmości J PKP dotarliśmy do Zakopanego w
piątek rano. Zimowa Stolica Polski przywitała nas chmurami, a po powrocie z
obowiązkowego spaceru po Krupówkach rozpadało się na dobre. Wieczorem jeszcze
basen, kilka długości „techniki” i spać.Jeszcze dzień wcześniej góry były suchutkie
- sobotni poranek przywitał nas rześko, słonecznie i …. biało J Na
poziomie miasta wszystko zaczęło topić się i płynąć, ale wysoko w górach, gdzie
się wybierałem spadło 33 cm śniegu i ogłoszono I stopień zagrożenia lawinowego.
Szykowała się więc hard-corowa impreza.
O godzinie 10.00 na linii startu w okolicach Ronda Tadeusza Kościuszki stawiło się ponad 300tu żadnych wrażeń biegaczy. Zaplanowałem ukończyć bieg opierając swój bieg o średnie tempo z ostatniego biegu na 10km w terenie płaskim (30. ogólnopolski bieg im. Bronisława Malinowskiego). Do ostatniej chwili wachałem się też co do stroju, ostatecznie pobiegłem w rybaczkach, koszulce technicznej i bluzie z membrany, dżokejce i rękawiczkach. Do dłoni bidon, a na nogi Brookes Cascadia – buty stworzone na takie imprezy (a przynajmniej wtedy tak myślałem).
Start z pistoletu bezlitośnie nakazał – Na Kasprowy Wierch!
Już
pierwsze dwa kilometry, które pokonaliśmy po stromym, pełnym liści i mokrym,
ale jednak asfalcie rozdzieliły biegaczy na mężczyzn i dzieci. Ja nie mogłem
się rozdwoić, więc wybrałem tą drugą grupę J a raczej nakazał mi to rozsądek JTu zaczął się prawdziwy wyczyn. Nie można już było odpoczywać (-6C w połączeniu ze spoconym karkiem skutecznie zniechęcało przed lenistwem). Najpierw pomiędzy kosodrzewiną, a za jakieś 2 km już otwartą granią. Wdrapując się coraz wyżej i wyżej, nieosłoniętym szlakiem prowadzącym trawersem na szczyt, dzięki doskonałej widoczności można było obserwować kolorowe punkciki zawodników, zarówno tych hen wysoko ponad nami, jak i tych nieco poniżej.
Kiedy
zobaczyłem tabliczkę ostatniego kilometra niewiele miało to już wspólnego z
bieganiem. Pełzanie na czworaka w tempie w którym zwyczajowo pływam żabką,
skurcze na odsłoniętych łydkach, krew, pot i łzy. Próba charakteru!
Ostatni
podbieg już na oparach, wyssał ze mnie ostatki glikogenu, a rzadkie
powietrze(blisko 2000m npm) w połączeniu z wysiłkiem nabawiło ogromnego długu
tlenowego. Taka oto perspektywa i warunki panowały na ostatnich metrach.
No ale
jest, dotarłem, żyje. META! Miejsce 169, 01:24:24, tempo 09:55,8
Teraz jeszcze tylko powrót ze stacji meteo do stacji kolejki PKL(po skutym lodem śniegu jadąc na dupie), grzane wino, suche ciuchy i kolejką w dół...
Wiele
błędów taktyczny, brak przygotowania siłowego, źle dobrany strój (skarpetki
kompresyjne!) – za rok urwę z tego wyniku kilkanaście minut, a może i
dwadzieścia. Na koniec obrazek trasy z Endomondo (dyscyplina – Wchodzenie po
schodach :-)









